MAURITIUS to mała rajska tropikalna wyspa na Oceanie Indyjskim leżąca niedaleko Madagaskaru cztery dni drogi ( statkiem) od Seszeli. Na tej wyspie w jednym miejscu natura zgromadziła atrakcje z całego świata.
Port Luis – stolica Mauritiusa liczy około 150 tys. mieszkańców i jest największym miastem na wyspie. Od razu rzuca mi się w oczy wielgaśny budynek narodowego banku i królująca nad miastem cytadela.
Odpaliłem niezawodny lokalny informator w postaci TV i zdumiony zobaczyłem arcydzieła teledysków rodem z Bollywood. Całe dwie godziny spędziłem na słuchaniu i oglądaniu niespotykanych u nas aranżacji filmowych teledysków, których rozmach, świetna sceneria i piękne kobiety zdołały przykuć moja uwagę na tak długi okres czasu.
Polecam ( http://www.youtube.com/watch?v=VVu-QVH5gVU - Senorita (Eng Sub) [Full Video Song] (HD) With Lyrics - Zindagi Na Milegi Dobara ), każdemu kto chce się otrzeć o ten „inny” świat. I wcale nie chodzi tutaj o kiczowatość, a niezwykły taniec, stroje i muzykę, której nie usłyszysz nigdzie indziej.
Wyspa ma wszystko co powinna mieć, aby przyciągnąć turystów z całego świata. I całkiem szczerze powiem Wam, że ma tego wszystkiego w nadmiarze. Ciepłe przyjazne morze, błękitne wody, spokojne laguny, bajecznie kolorowe rafy i biały piasek na plaży, palmy i inne tropikalne rośliny występują tutaj wszędzie i są doskonale zagospodarowane.
Największym zaskoczeniem dla mnie byli ludzie ich ciepło w kontaktach z turystami i ich odwieczny spokój, który wyciszał mnie nad wyraz skutecznie.
Pierwszym miejscem, które zwiedziłem było oczywiście miasto Port Luis. Urzekło mnie od pierwszego spojrzenia. A właściwie od zapuszczenia się w uliczki zapełnione miejscowymi sklepikami straganami i mnóstwem towarów wystawionych wprost na chodniku. Kolorowy kreolsko - afrykański styl z dużą domieszką hinduizmu sprawił, że jednocześnie byłem w trzech innych kulturowo miejscach. Kiedy wszedłem na lokalny ciąg handlowy - szeroką ulicą biegnącą kilkaset metrów w dół po której nie mogą jeździć samochody w moje uszy wdarł się różnorodny gwar, szum i egzotyczna muzyka pobudzająca do robienia zakupów. Ale jestem uodporniony od niekontrolowanego nabywania rzeczy nikomu niepotrzebnych więc ruszyłem w dół wtapiając się w kolorowy ciąg ludzkich postaci.
Gdzieś pośrodku tego handlowego wariactwa skręciłem w bok wchodząc w wydzielony teren targowy. To tutaj zaglądają wszyscy turyści chcąc kupić na pamiątkę jakiś mało przydatny przedmiot. Oczy zakręciły mi się dookoła głowy, a mózg nie nadążał rejestrować wszystkich przedmiotów na których spoczął mój wzrok. Po przejściu kilkudziesięciu stoisk, sklepików i straganów zamęczany zaczepkami kupców wołających na zmianę do mnie po angielsku, francusku lub rosyjsku kupiłem mały„szarpany” bambusowy instrument . Większy nie mogłem chcąc spokojnie przewieść go samolotem do kraju.
Teraz spokojnie udałem się dalej idąc do reprezentacyjnej części miasta do Aapravasi Ghat – zespołu budowli wzniesionych w 1849 roku pełniących dawniej funkcję pomieszczeń recepcyjnych emigrantów. Budowla ta znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego oraz Przyrodniczego UNESCO.
Potem mały spacer po szerokiej alei pełnej wysokich palm zdobiących oba jej skrajne brzegi, której unikalny charakter zakłóca czerwona krzykliwa reklama pewnej amerykańskie firmy
Dzieje słynnych znaczków z Mauritiusa ”bleu i orange penny” przypomniałem sobie w Muzeum Poczty jak również słynną romantyczną historię kochanków z noweli Bernardina St. Pierre'a „ Paul i Virginia”, której akcja dzieje się na tej wyspie. Pomyślałem, również o bliskim memu sercu J.C. Korzeniowskim, który będąc w 1888 i 1889 roku na tej wyspie zakochał się w miejscowej piękności co zaowocowało napisaniem powieści „Smuga cienia”, ale dostał „kosza” i nic nie wyszło z tej miłości no może poza tym, że przez 10 lat nie znalazł sobie żony.
Wracając wstąpiłem do ekskluzywnego sklepiku i zaopatrzyłem się w sznur pereł z których słynie Mauritius, oczywiście ze skazami, których moje oczy i tak nie mogły dostrzec.
W następnym tygodniu oprócz wypadu do miasta zaplanowałem wycieczkę do miejscowych wodospadów. Jadąc samochodem z Pierre zaprzyjaźnionym, a poznanym w nocnym wyszynku trzech 7 77 - kreolem do najwyższego wodospadu na wyspie – Tamarind Falls (nie mylić z fallusem jako symbolem płodności) chociaż jak ma się dużą wyobraźnię, to pewne skojarzenia można dostrzec patrząc na te strumienie wody spadające z wysokości dwustu osiemdziesięciu metrów.
Bazaltowi granitowe podłoże stworzone przez zastygłą lawę posłużyło później jako koryto dla tych strumieni pióropuszy wody walących prosto z nieba która wpadając do stojącego na samym dole jeziora tworzyła migocące wszystkimi kolorami tęczy zjawiska fatamorgany . Ciągła zmiana kolorystyki wydawała mi się urwaną częścią bujnej zieleni zwisającej po obu stronach wodospadu gniewnie spadającego do czekającej na niego otchłani chłodnej tafli wody. Uderzenie o jej toń podrywa do góry tumany kropelek zimnej wody, która niesiona podmuchami ciepłego wiatru smaga moją twarz w geście przyjaźni.
Potem zażywszy rześkiej kąpieli i posiliwszy moje zgłodniałe kąpielą ciało ruszyłem w drogę powrotną. Osiem kilometrów przed Port Luis zahaczyliśmy o stary kolonialny francuski młyn, a właściwie jego kopię. Czas mnie gonił więc nie do końca obejrzałem jak wówczas produkowano ciemny cukier. Ale wyborny rum z tego cukru mile łaskotał wieczorem moje podniebienie.
Wypady na plaże i zaciszne laguny dostarczyły mi nie zapominanych wrażeń. Nie interesowały mnie hotele i ich baseny, a puste ciągnące się kilometrami białe piaszczyste plaże i ciepłe płytkie laguny po których płyciznach brodziłem w ochronnym obuwiu. Palmy i uprawy trzciny cukrowej, roślinność dziko rosnąca i ta w botanicznych ogrodach. Wyspa jest też dla tych wszystkich co liczą się z groszem. Ceny o połowę tańsze niż na Seszelach, jedzenie wyborne i dostępne w każdym miejscu więc prawie każdego dnia wędrowałem po ulicach, uliczkach i knajpkach Port Luis.
Trzy tygodnie minęło szybko, a mój czas na Mauritiusie się kończy, jutro odlatuję samolotem do Paryża. Będąc w samolocie z perspektywą kilkugodzinnego lotu z żalem spoglądam na wyspę, gdzie przeżyłem nie zapomniane chwile - szkoda, że sam. Pisząc ten reportaż zastanawiałem się jak to wszystko zmieścić na dwóch stronach kartki papieru . Więc skracam, skracam, pomijam i opuszczam wrażenia, kolory, grę świateł i egzotyczne zapachy koncentrując się tylko na ogólnych widokach tego co zobaczyłem, usłyszałem i poczułem ze szkodą dla wysp, które opisuję.
Żegnam wyspę słowami amerykańskiego pisarza Marka Twaina - „Mauritius został stworzony zanim powstał Raj i posłużył jako model jego budowy”.



Port Luis, Cytadela, Aapravasi Ghat – zespołu budowli , Wodospady, plaża, ogród botaniczny, targ
Album podróżnika

Arek i Kamil

Dodano albumów: 5
2018-11-26 08:39:02
Album podróżnika

Krzysztof Lach

Dodano albumów: 14
2018-11-19 03:59:23
Album podróżnika

Anna

Dodano albumów: 2
2017-11-26 19:49:51
Album podróżnika

Martino

Dodano albumów: 15
2016-02-13 22:17:35