SESZELE – dotychczas zdawały mi się odległym niedostępnym owocem moich niespełnionych marzeń.
Zobaczyć na własne oczy te fale niezmordowanie od wieków wdzierające się na śnieżno białe plaże po to tylko, aby te kryształki krzemu zmieniać w piaszczyste biało - śnieżne łachy. Ogarnąć wzrokiem tą przestrzeń kuszącą swoim ciepłym piaskiem nie tylko miejscowych kreolów, ale wszystkich turystów świata spragnionych pięknych widoków i nigdzie indziej niespotykanych uroków tutejszej przyrody. Stoję na wzgórzu i na Victorię najmniejszą stolicę świata spoglądam przez pryzmat przepięknych rezydencji możnych tej planety.
Wyspę i jej historię zaczynam poznawać dzięki miejscowej telewizji co rusz transmitującej widoki z różnych zdarzeń całego archipelagu.
Następnego ranka wyruszam na miasto ciekawy jego architektury i miejscowego folkloru.
Lokalne skrzyżowanie w centrum miasta zaskakuje mnie miniaturą Little Bena, czy jak niektórzy mówią Big Bena – którego oryginał stoi na stacji Victoria w Londynie. Tutaj zaś wyeksponowano ten prostokątny postument z zegarem patrzącym na cztery strony świata na skrzyżowaniu ulic niedaleko Muzeum Historii Narodowej i Głównej Poczty w Victorii. Następnego dnia „zaliczam” miejscowy rynek. To jest to co lubię najbardziej. Przedzieram się wąskimi uliczkami zbudowanymi w stylu kolonialnego angielskiego budownictwa. Ocierając się o stragany, stoiska i uliczne sklepiki docieram do miejscowego targowiska obudowanego po bokach piętrowymi arkadami pełnymi sklepików zbudowanych na stojących czerwonych drewnianych palach. Małe pomieszczenia zapchane różnymi towarami w większości wyeksponowane na zewnętrznym portalu kusi turystów swoim niepowtarzalnym pięknem i miejscowymi wyrobami. Piękne tekstylia, migocące rożnymi kolorami tęczy opatrzone lokalnymi wzorami nie są dla mnie, ja poszukuję coś z miejscowego rzemiosła niewielkiego i nieciężkiego, abym mógł to przewieść samolotem do kraju. Wybieram instrument wykonany z kokosa i maskę wysadzaną kolorowymi perełkami. Chciałoby się więcej, ale i tak mam już sporo do przewiezienia bowiem jak zwykle będąc w Afryce zaopatrzyłem się w różne drewniane rzeźby, których urokowi nigdy nie mogę się oprzeć więc zwożę je z każdego afrykańskiego kraju.
Spokojnym krokiem spaceruję po rynku przesiąkniętym wanilią, cynamonem i delikatnym zapachem świeżych owoców morza co przyczynia się wzmożoną chęcią zaspokojenia apetytu na coś miejscowego i dotąd nie konsumowanego. Wchodzę do malutkiej jadłodajni pełnej kreolskich dań z trudem znajdując wolne miejsce. Jestem jedynym turystą w tej małej salce pełnej miejscowych „tubylców” stanowiących przekrój wszystkich mieszkańców wyspy. Dosiadam się do dwóch młodych hinduskich dziewczyn pytając się co mi polecają do zjedzenia z góry zastrzegając się, aby nie było to zbyt ostre.
Przesympatyczny właściciel chcąc mi się przypodobać proponuje żabie udka, ośmiornicę i zupę z żółwia. Stanowczo odmawiam, wskazując na mieszaninę ryżu z mięsem i warzywami konsumowana przez dwie hinduski do tego zamawiam rybę po kreolsku.
Ponieważ tutejsi mieszkańcy żyją całkiem innym rytmem niż europejczycy i nie pracują w soboty i niedzielę postanawiamy z dwoma kolegami wypożyczyć samochód i ruszyć w nieznane .
Wyspa ma około 150 km kwadratowych więc nie będzie trudności przejechać ją wzdłuż i wszerz tym bardziej, że mamy jasno wytoczony cel. Dwie plaże, punkt widokowy i cudy natury składające się okazów nigdzie indziej nie spotykanych, unikalnych w pełni endemicznych.
Świetnym tego przykładem są największe na świecie nasiona palmy Coc-de-Mer (Lodoicja Seszelska) zwanej potocznie palmą seszelską lub kokosem morskim, którą wyspa umieściła nawet w swoim narodowym godle. Dla turystów żądnych wrażeń i pełnych brudnych skojarzeń z pewną częścią kobiecego ciała atrakcją są właśnie te wielkie nasiona palmy Coc-de-Mor, która jest najczęściej kupowanym przedmiotem na Wyspach. W większości nie oryginalnych tylko robionych z drewna bowiem inaczej już dawno znikłyby z tej pięknej wyspy. Inną atrakcją na skalę światową są także drzewa "meduzy" (Medusagyne Oppositifolia) z korzeniami wrastającymi pajęczyną macek głęboko w ziemię wprawdzie te macki nie parzą, ale są ważnym elementem lokalnego ekosystemu.
Wędrując po największej plaży Mahe - Anse Royal jestem rozczarowany jej turystycznym przeznaczeniem. Moje rozczarowanie wynagradza mi jednak wędrówka po plaży Beau Vallon skrytej tajemniczo w mniej dostępnych rejonach wyspy. Zostawiwszy samochód na obowiązkowym parkingu ruszam pieszo w stronę widniejących granitowych głazów usianych ręką Heraklesa, który niedbale rozrzucił je na cudownym piaszczystym terenie wśród płytkiej turkusowej wody. Wyrzucone z wnętrza ziemi zastygły w geście rozpaczy nie zdążywszy dotrzeć do pola walki. Pchane siłą wybuchu gniewnego wulkanu sunęły w stronę swojego odwiecznego pogromcy boga mórz i oceanów Neptuna na którego rozkaz słone fale studziły ich rozgrzane ciała, aż zastygły w tej postaci.
Wygładzone strugami deszczu i muskane wiatrem wiejącym z szczytów niedalekich wzgórz zdają się być strażnikami tego wszystkiego co kryje się niedaleko w cichej spokojnej toni. Tysiące różnorodnych, mieniących się wszystkimi kolorami świata gatunków ryb i dwa gatunki żółwi wodnych - Hawskbill i Green Turtle, spokojnie mogą cieszyć wzrok licznych podglądaczy zaopatrzonych w maski i płetwy. Dwie godziny wcześniej jadąc krętą i wąską drogą widziałem w oddali dwa olbrzymie rekiny mierzące około 15 – 18 metrów. Szkoda, że słodkowodne krokodyle i żółwiego olbrzyma widziałem tylko w muzeum. Krokodyl wyginął, nieloty dodo również, ale żółwie można zobaczyć na wyspie Aldabra.
Zrzucając buty, gołe stopy zanurzyłem w biały ciepły piasek. Dreszcz zadowolenia przeniknął moje ciało. Nie odrywając nóg od piasku sunąłem w kierunku najbliższego granitowego głazu. Rozłożywszy ręce w geście pojednania przytuliłem się do jego nagrzanego korpusu. Bijące od jego wnętrza ciepło przeniknęło całe moje ciało. Szepcąc mi pieśń samotnego strażnika plaży skarżył się na swój los. Zakosztowawszy jeszcze nocnych atrakcji w klubie wróciliśmy rankiem do swojej siedziby.
Wielokrotnie jeszcze wychodziłem do miasta zakosztować atrakcji tego według mnie trochę przereklamowanego miejsca. Może dla bogaczy z własnymi jachtami cumujących na prywatnych plażach była to oaza gwarantująca dobry wypoczynek. Sieć drogich hoteli i panująca wszędzie drożyzna pokazywała, że władze wyspy nastawiają się na tą szczególną kategorię turystów mających mocno wypchane portfele. Obiegową walutą jest seszelska rupia, ale nie ma problemu z zakupami, bo wszędzie przyjmowane jest Euro i amerykański dolar.
Jeszcze tylko jedna rzecz zaintrygowała mnie swoją architekturą. Była to hinduska świątynia Aruwimi Navasakti Vinayagar stojąca niedaleko targu, której strzelista budowla była ozdobiona figurkami przedstawiającymi rożne hinduskie i buddyjskie postacie. Ozdobiona błękitnymi wzorami i nietypową dla tego regionu sylwetką ciekawie wtopiła się u podnóża wzgórza królującego nad tą mała stolicą Seszeli. Będąc w środku podziwiałem bogato złocone posągi, pięknie rzeźbione drewniane buddyjskie ( chyba) ornamenty i przepiękną posadzkę po której zbyt długo nie chodziłem wstrząśnięty widokiem toczącego się właśnie jakiegoś hinduskiego obrządku. Będąc jedynym białym w tej świątyni nie chcąc przeszkadzać toczącej się ceremonii wyszedłem na zewnątrz obiecując sobie powrócić tutaj z przewodnikiem. Wychodząc snuł się za mną zapach palonych kadzideł. Wracałem w strugach ulewnego deszczu tutaj bowiem normalnym zjawiskiem są niespodziewane i szybkie zmiany pogody .



Wszystko co najlepsze na Seszelach to, plaże, ogród botaniczny, wodospady, targ,. Koniecznie odwiedzić grób ostatniego pirata Oceanu Indyjskiego - francuskiego pirata Oliviera Levasseura, szerzej znanego pod pseudonimem La Buse („Myszołów").
Album podróżnika

Maciek

Dodano albumów: 4
2016-11-05 10:51:11
Album podróżnika

Rafal

Dodano albumów: 17
2019-11-15 08:01:11
Album podróżnika

Bartosz

Dodano albumów: 5
2019-07-27 20:12:50

Porto

Portugalia

Album podróżnika

Ryszard

Dodano albumów: 12
2019-11-17 21:12:31