Martino

Blog podróżnika

Dodano: 02-07-2015
Odsłon: 2425
Komentarze: 8



Obiecałem ze się odezwę a ponieważ nie rzucam slow na wiatr wiec oto i mój wpis. Będę starał się systematycznie uaktualniać kolejne miejsca podroży. Godzina 15:00 kilka minut opóźnienia i startuje z Roma Ciampino w kierunku Barcelony. Na cudowne widoki nie trzeba było długo czekać. Samolot mija po drodze z prędkością 850 km/h i na wysokości ponad 10.000 metrów 2 wyspy: Korsykę i Sardynie (Tak BTW utwierdziłem się w przekonaniu ze w przyszłym roku płynę na Sardynie). nawet z takiej wysokości widać boskie plaże błękit wody - rewelka! Nieco później juz Barcelona. W zasadzie to czuje się jakbym wyleciał do innego regionu Włoch w którym ludzie mówią w innym "włoskim dialekcie" (hiszpański jest bardzo zbliżony do włoskiego a i sami Hiszpanie wydaja się być jakby "kuzynami" Włochów). Po przylocie aerobusem w 30 minut zajeżdżam do centrum i przesiadam się w metro. 11 linii metra wprowadza początkowo w lekki zawrót głowy ale po krótkiej lekturze mapy wszystko staje się bardzo proste klarowne i oczywiste.
Mój hotel na szczęście znajduje się przy jednej z najważniejszych ulic Barcelony (la Rambla) prowadzącej wprost na molo i do portu. Po odświeżeniu i ogarnięciu wybieram się na miasto i kolacje. Oczywiście nie obeszłoby się bez tapas paella ale tylko z kurczakiem (pomimo iż mieszkam w Rzymie to nie lubię owoców morza) i mega dużego kufla sangrii - rewelacja. Przejażdżka kolejka a la "Gubałówka" do parku. Podziwianie Barcelony z góry. Dalej przejażdżka zwykłym autobusem żeby zobaczyć dokładniej inne zakątki Barcelony. 2 słynne domy Gaudiego. Słit focia na fejsa (którego nie mam) i powrót do hotelu. To jednak nie koniec niespodzianek (ta była zarówno pozytywna jak i negatywna). pozytywna bo w przeciwieństwie do Włoch tu markety są otwarte nawet po 23 ale... no właśnie ALE! Chce kupić hiszpańskie cerveza (piwo) na wieczór i... okazuje się ze nie mogę. Dopiero wtedy klapki z oczu opadają... rozglądam się wkoło i widzę dziwne płachty worki itp. Zasłaniające alkohol. Po godzinie 23 nie kupi się alkoholu no chyba ze... zrezygnowany wracam do hotelu, cholernie chce mi się pic wiec wstępuję do baru zamawiam dużą sangrie, druga, trzecia. Barmanka śmieje się i stwierdza krotko: "szybki jesteś" :) wychodzę juz bardziej zadowolony z ugaszonym pragnieniem i spotykam... anioła ( wbrew pozorom to nie dziewczyna z wymiarami 90-60-90 a... jakiś "Pakol" (jak to moja kuzynka zwykła mawiać na Pakistańczyków i innych kolorowych z turbanami na głowie. Co trzyma w ręce? Czteropak schłodzonych browarkow. Bez zastanawiania ubijamy targu wracam do hotelu pisze ten durny post i za chwile padam ze zmęczenia.
Drugi dzień dostaczył mało pozytywnych wrażeń choć… na pewno nie pod koniec :)
Najpierw przykra niespodzianka z czekaniem na bilety do Sagrada Familia. Okazało się, że kolejka jest na… 3 GODZINY CZEKANIA! Więc zrezygnowałem (i tak pod koniec objzdówki wrócę do Barcelony, także nie było sensu). Okazuje się, że najlepiej jest zamówić online na konkretną godzinę.
Kolejna niespodzianka (również przykra) zajeżdżam do słynnego parku Gaudiego (Guell) ok. godziny 11:40 i… dowiaduję się że będę mógł wejść dopiero o 14:30 (no ale od czego jest bar, tapas i wi fi? :p). Czas szybko mija, obchodzę „gratisową” część parku i po 2,5 godziny mogę w końcu wejść do części płatnej. Owszem jest ciekawa, oryginalna ale żeby powalała na kolana? Chyba nie… powrót do la Rambla, winko w pokoju na poprawę humorku, lekkie ogarnięcie i… ruszam na miasto. Spotykam najpierw siedmioosobową grupę dziewczyn z Anglii (bardzo sympatyczne), dalej grupę z Korei Południowej – ot tak przysiadłem i najpierw pomyśleli, że jakiś naćpany/psychicznie chory ale po wymianie 2 zdań byli w bardzo ciężkim szoku, gdy spytałem: are you from South Korea? Naprawdę MEGA zdziwieni pytają: yeah! How do you know it? A ja szczwany, sprytny lisek wcześniej zagadałem po japońsku: „gomenasai” skoro nie wiedzieli co odpowiedzieć, to wiadomo, że opcja numer 2: Korea Południowa (trochę tych twarzy się naoglądałem na uniwerku i w czasie turniejów typu: Starcraft II :p). Dalej los padł na chłopaków z Liverpoolu (nie - to nie byli „the Beatles”). Na sam koniec, gdy chciałem już wracać do hotelu po północy spotkałem grupę Hiszpanek, które wyciągnęły mnie na fiestę na plażę (Barcelonettę). Było warto :) potańczyłem, uśmiałem się i o 5. wróciłem. Następnego dnia miałem teoretycznie jechać do klasztoru Montserrat ale po pierwsze wstałem o 11:00, po drugie po nocy bolały mnie nogi a po trzecie okazało się, że zgubiłem dowód osobisty (nigdy nie noszę wszystkich dokumentów ze sobą). Na szczęście prawko i paszport mam, to samochód w Sewilli będę mógł wynająć.
Jutro już Madryt pociągiem AVE i spotkanie z podróżniczką – Olneowiczką :)

Zajeżdżam po 40 minutach na lotnisko. Spaceruję najpierw na terminal 1 (bo niby tam miał lądować samolot z Modlina) po kilku minutach okazuje się, że jednak z T2. Czekam min. 45 minut i w końcu PIERWSZY RAZ NA ŻYWO!!! Widzę Olneowiczkę – podróżniczkę Olę (podobnie jak i ona mnie :p). Jej stres nieco mija, mój w sumie troszeczkę też (dzień wcześniej znajomy wysłał mi artykuł o tym, jak to w Niemczech niedawno odnaleziono ciało Polaka porzucone na stacji benzynowej). Ona myśli, że ja ją otruję/uśpię i zgwałcę/wytnę organy. Ja, może to pierwsze nie, ale drugie jak najbardziej. I ja i ona mimo spotkania w realu w lekkim stresie udajemy się do hotelu. Tam oczywiście (była to sobota) napotykamy grupę rozkrzyczanych, wypitych Hiszpanów (to był też dzień Gay parade). Docieramy do hotelu, szybki prysznic i… nocleg w małym pokoju, w małym (choć zadbanym, czystym i klimatyzowanym) pokoju w centrum. Spokojnie śpimy rozmawiając jeszcze do ok. 2:30 o podróży itp. i zasypiamy. Organy, dokumenty i pieniądze i ja i Ola mamy na swoim miejscu, więc ja (i ona też) się uspokajam: czyli jednak mam do czynienia nie z mafią kradnącą organy, a z (podobnie jak i ja) pasjonatką podróży. Noc minęła spokojnie, a kolejny dzień spędzamy na zwiedzaniu Madrytu (trasy, którą pokonałem sam wczoraj).
Widać jednak pewne znaczące różnice. Przede wszystkim ŚMIECI I SYF! To pozostałości po „gejowskiej dumie”. To właśnie „owoce” tej „kultury”. Na zdjęciach postaram się niebawem ukazać jak wyglądała stolica po przejściu wspomnianej "dumy" pederastów (których naprawdę tu nie brakowało). Wracamy do hotelu. Odświeżamy się, włączamy klimę, rozmawiamy, śpimy i dalszy wyjazd na miasto. Wychodzimy do baru i tu… wspaniała niespodzianka: vino tinto ale… w jakiejś wyjątkowej formie ni to sangria ni zwykłe czerwone: lane, czerwone, gazowane wino z lodem. Słabe, ale niesamowicie gaszące pragnienie. Piję jeden, potem drugi kufel (Ola w tym czasie przekroczyła połowę pierwszego), potem trzeci… wyruszamy w kierunku muzeum el Prado (na nasze szczęście po 17:00 w niedziele jest darmowe). Ku mojemu zaskoczeniu (pozytywnemu) nie ma kolejki (większość pewno odsypiała paradę gejów). Widzimy wspaniałe dzieła el Greco, Picasso i wielu innych hiszpańskich, włoskich itd. Malarzy (najbardziej ucieszyły mnie sale el Greco z Zesłaniem DŚ i Dawid z Goliatem Caravaggio). Niestety ponieważ za długo podziwialiśmy eksponaty nie zdążyliśmy zwiedzić całego muzeum. Dalej udajemy się (a temperatura wciąż ponad 30. stopni po godzinie 19:00) do baru na radlery, a la sangrię itp. pijemy jeden, (ja również drugi i trzeci) kufel, toaleta i dalsza podróż w kierunku puerta del sol. Tam wskakujemy w metro i jedziemy w kierunku jednego z nielicznych zachowanych w Europie starożytnych, egipskich budynków, do parku ze świątynią Debod. Kilka fotek, lekki odpoczynek i powrót. Kolejny bar, przejazd metrem, bar z jedzonkiem i piciem (tracimy rachubę który to już klimatyzowany bar po drodze). Godzina coraz późniejsza, docieramy do Placa Espana (na szczęście już posprzątanego), mamy widok na podświetlane fontanny, chwila odpoczynku i… powrót do hotelu. Zakupy, prysznice, ostatnie winko i lulu… jutro już starożytna stolica Hiszpanii, miasto 3 kultur (Toledo). Mam nadzieję, że dzień będzie równie udany jak i dzisiejszy…

Korzystając z chwili, że Ola poszła się pluskać w hotelowym basenie piszę kilka zdań :)

TOLEDO
Na początku pozytywne zaskoczenie: dworzec kolejowy. Byłem na wielu w ciągu mojego całego życia, ale chyba nie przesadzę, jak stwierdzę, że ten dworzec podoba mi się najbardziej!
Idziemy z Olcią na przystanek autobusowy i nie wierzymy własnym oczom: temperatura wskazuje 52 stopni. Upał jest nieco dokuczliwy (na szczęście nie jest zbyt wilgotno). Autobus zawozi nas na samą górę tego urokliwego miasta (przypominającego nieco typowe włoskie miasteczka jak Siena, Asyż itp. choć wiadomo, że nie tak ładne :p ale to moja subiektywna ocena). Toledo jak dla mnie jest o wiele ładniejsze i ma więcej do zaproponowania pod względem architektonicznym niż Madryt, który na dobrą sprawę w 1 dzień można obskoczyć (no chyba że ktoś jest wielkim miłośnikiem i znawcą sztuki, to na same muzea min. 1 dzień musi poświęcić). W Toledo często się zatrzymujemy w barze na vino tinto de verano (mój i Oli ulubiony trunek w Hiszpanii), ponieważ jest naprawdę bardzo gorąco. Jakoś nie uśmiecha nam się chodzenie po Alcazar (choć to jedna z największych atrakcji Toledo). Tak naprawdę większość budynków oglądamy z zewnątrz. Ponieważ jednak Ola nigdy nie była w synagodze, więc zaglądamy i tam. Tu niestety w porównaniu z synagogami w Krakowie na Kazimierzu nieco się zawiodłem (może dlatego, że synagoga wielokrotnie była przebudowywana i zmieniana na kościół itp. - częsty widok w Hiszpanii: kościoły zamieniane w meczety i na odwrót). Sądzę, że będąc 3 dni w Madrycie warto poświęcić 1 dzień na stolicę starszą od obecnej. Tym bardziej, że podróż szybkim pociągiem do oddalonego o 70 km od Madrytu Toledo trwa niecałe 30 minut!

Kordoba
1h45min. podróży z Madrytu i trafiamy do oddalonej o 400 km na południe od Madrytu Kordoby - miasto od początku nas urzekło. To naprawdę bardzo sympatyczne, nieduże miasto, które jednak ma do zaoferowania naprawdę wiele. Hotel niby 1 * ale szczerze mówiąc absolutnie niczym nie ustępował ***. Miał wszystko, co trzeba: klimę, duży pokój i naprawdę dużą i świetnie wyposażoną łazienkę, czyściutki, w samiutkim centrum, obsługa szalenie miła, życzliwa. Miejscowy wskazał nam najlepsze restauracje, gdzie mogliśmy z Olą zasmakować lokalnych dań z Kordoby w tym bardzo popularny ogon z byka. A ponieważ uwielbiam próbować lokalnych potraw, więc bez zastanawiania zamówiłem ogon, do tego butelka czerwonego wina, Ola zamówiła również lokalne danie (jak przypomnę sobie nazwę to dopiszę :p). Ogon był naprawdę wyśmienity a la żeberka, lub gotowane mięso wołowe: delikatne, nieco tłustawe, w rewelacyjnym sosie własnym. W Kordobie oglądamy most rzymski i... uciekamy (dosłownie!) do klimatyzowanego baru (temperatura: 47 stopni). Pijemy kilka kufelków sangrii i oglądamy z zewnątrz mesquita (czyli meczeto-kościół :p). Naprawdę śliczny. Idziemy dalej Ola chce spróbować cytrusów z kraju, w którym one rosną. Uderza nas (choć z drugiej strony doskonale rozumiemy) że o godzinie 17:00 miasto wygląda jak z filmów o zombie, zarazach, epidemiach itp. dosłownie nie ma prawie nikogo. Co nas rozśmieszyło, że nawet pieski leżały na podłodze i chłodziły się jak mogły. Temperatura jest naprawdę wysoka. Wracamy do hotelu, chłodzimy się przy klimie, drzemka i wracamy "na podbój miasta" po godzinie 23:00). Ja jestem przyzwyczajony we Włoszech do tego, że w wakacje prowadzi się typowo nocne życia, natomiast Ola jest mocno zaskoczona, że "umarłe miasto" jakby przebudziło się ze snu. Całe mnóstwo osób uprawiających jogging, jeżdżących na rowerach, oblegających bary itd.
Kordoba nocą podoba nam się nawet bardziej niż w dzień (a przy tym jest nieco chłodniej). Żałujemy, że mamy tu tylko jeden dzień, choć z drugiej strony nie jest to miasto tak duże, aby można się tu zatrzymać na dłużej.

Sewilla
CDN.
Uciekam do Oli popluskać się w basenie i poopalać.

Hasta luego

Miałem opisać jeszcze Sewillę (korridę itd.), wspaniałą, małą, uroczą z przezroczystą wodą plażę w Maro, Granadę z Alhambrą, "wioskę w skalę" (Purullenę i Guadix), Walencję i wiele innych ale... pragnę zostawić to dla nas.
Podróż z Olą była jedną z najwspanialszych jakie przeżyłem. Czułem się jakbyśmy się znali od lat... na pewno długo, bardzo długo będę wspominał ten wyjazd. Jakoś dziwnie wszystko w nim było dograne, ułożone.

Cieszę się, że istnieje ten portal. Moja wiara w niego została przywrócona. Cieszę się, że oprócz marzycieli istnieją tu również realni podróżnicy, którymi kieruje pragnienie zwiedzania, poznawania tego, co jeszcze nie jest odkryte. Marzą mi się kolejne wyjazdy podobne do tego hiszpańskiego...

vale

Buena suerte a todos!!!

Martino


style="display:block; text-align:center;" data-ad-layout="in-article" data-ad-format="fluid" data-ad-client="ca-pub-9527454204289988" data-ad-slot="6609434057">
Spróbować tradycyjnej kuchni:
tapas, paella, sangria, gazpacho (mi nie smakowało, bo zupy i kremy wolę jeść na ciepło).
W Barcelonie:
Zobaczyć: dzieła Gaudiego: najważniejsze, będące zarazem symbolem Barcelony to Sagrada familia oraz 2 domy zaprojektowane przez Gaudiego I słynny park Guell.
Spacer po Rambla
molo, wybrzeże, port

W Madrycie:
...

Komentarze:

09/09/2015

Małgorzata:

Byłam 10 lat temu ale jak mowisz to wszystko pamietam :)ma fotki :)

30/07/2015

Martino:

Basiu po pierwsze niestety termin mi nie odpowiada, a po drugie na mojej top liście jest przed Gruzją: Grecja, Portugalia, Norwegia, Rosja i Turcja. Najpierw muszę zwiedzić najbardziej znane kraje, a potem te mniej znane (nie twierdzę, że mniej interesujące, bo w gruzińskiej kuchni - Chaczapuri w Krakowie jadłem wspaniałe dania), ale najpierw topowe kierunki, potem te mniej odkryte :)

26/07/2015

Barbara:

Martino, jestescie swietni i dobrze poinformowani; moze zorganizujemy grupowy wyjazd do Gruzji...?

14/07/2015

Kajka:

Czyta się z przyjemnością, właściwie, to już widzę Wasze uśmiechnięte buzie:). Kajka.

08/07/2015

Mapleleaf:

czyzby Ola i vino della casa?

07/07/2015

Mapleleaf:

Ty sie Marcys zwiedzaniem i kolezanka zajmij a pisanie zostaw na potem.w Madeycie idac Preciados na Plaza Major jest mnostwo malenkich lokalnych barow gdzie do kazsego kufla lub wina dostaniesz tapasa a niektore maja wrecz smiesznie niskie ceny,sprrawdzcie koniecznie

06/07/2015

Martino:

Dzięki Maple uściskam na pewno :) dziś w Toledo temperatura (wrzucę zdjęcie, bo ciężko uwierzyć) 52 stopnie!!! niczym w "Dolinie śmierci" nawet Hiszpanie mówili, że to nie jest normalne. Namawiam Olcie na Oktoberfest :) może da się skusić... popracuję nad nią. Mamy jeszcze tydzień wspólnych wakacji.

06/07/2015

Mapleleaf:

Marcys usciskaj Olcie i bawcie sie miodzio

Blogów: 2
Blog podróżnika Piotr

Ciekawość

Kraj: Litwa, wpis do dziennika: 2017-03-13 10:53:56

Jak wielu z nas pragnie zwiedzić świat, zobaczyć nowe .... Postanowiliśmy zrealizować wycinek z marzeń, wybraliśmy się na Litwę. Celem bylo Wilno i ostra brama jako punkt docelowy, po drodze Kowno... to kilka zdjęć z tej wycieczki . Litwini już... zobacz cały wpis

Blogów: 1
Blog podróżnika Ewa

przygoda z Grecją

Kraj: Grecja, wpis do dziennika: 2019-02-24 10:17:15

Przedstawiam moje spotkanie z grecką rodziną Loutraki zobacz cały wpis

Blogów: 1
Blog podróżnika Emilia

Brenta

Kraj: Włochy, wpis do dziennika: 2017-08-20 18:40:56

Val di Sole,Dolomity Brenta,sierpien 2017. W programie m.in Ragoli,Tuenno,Moveno,Terlago, Park Narodowy Stelvio,Monte Vios zobacz cały wpis